Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą radość:)

gacie po tacie

Tło: Nieopodal naszego domu jest mój ulubiony sklep drogeryjny. Przypadł mi do gustu, bo spośród chemii, którą kupuję* mają w zasadzie wszystko, czego potrzebuję. Ale nie to mnie najbardziej urzeka. Bardzo lubię tamtejszą obsługę. Zespół mega miłych pań. Po tylu latach robienia u nich zakupów znamy się na tyle, że polecą coś, jak korzystna promocja jest, krótko czasem pogadamy i wymienimy się uprzejmościami. Rotacja mała, więc twarze w zasadzie wciąż te same, a i moją fizjonomię pewnie już dobrze kojarzą. Uczę Mi (jak już - o ja nieszczęsna - zabieram ją ze sobą do sklepu. Staram się zostawiać ją z kimś w domu, gdy potrzebuję nabyć coś drogą zakupu**), że warto się ukłonić wszelkim pracownikom sklepu, więc w zamian pan ochroniarz, gdy widzi Misię serdecznie ją wita rozpromieniony. No to było miło. Gdyż kilka dni, po poniższej wizycie, czułam niezły obciach. Byłam czerwona, jak sprzedawane tam szminki. Kontekst: Z płcią dylematy są teraz. Co mogą chłopcy, a co dziewczyny: nosić...

Święty Mikołaj XXI wieku

Większość dzieci nie wie, że św. Mikołaj już dawno był w ich domach. Wymęczony, blady, niewyspany, z setkami kilometrów za kółkiem. Nafaszerowany kawą i hotdogami ze stacji benzynowych. Jego sanie zapakowano po same brzegi, a renifery (przecież, że nie konie) mechaniczne robią, co mogą, by prezenty dotarły na czas. Zawsze, gdy go widzę, przyglądam się czy roznosi pod wskazane adresy rózgi, owinięte w papier pakowy. Nie zauważyłam. Równy gość. Kurier - św. Mikołaj XXI wieku. Ostatnio stałam się nawet elfem - pomocnikiem. Bo sąsiadów nie ma, czy można zostawić paczkę? Zgódź się raz:) Ale dzięki temu poznałam mieszkańców mojego piętra (sic!) Moje paczki już przyszły. W tym roku na to nie wpadłam, ale w przyszłym będę pamiętać, żeby uszykować torebkę z piernikami dla św. Mikołaja :)     Jaki prezent znalazłam w paczce dla siebie samej? O tym niebawem na fejsie! :)

tortowa wisienka na wakacjach

Mam przestój piśmienniczy. Każdy dzień, w którym z przyczyn organizacyjnych - szeroko pojętych - nie mogę pisać jest dla mnie jak smaczny tort, któremu brakuje wisienki:) Ale tak czasem jest i już. Wyrażam na to zgodę ;) I dlatego pomyślałam sobie, że skoro wychodzi tak, że nie mogę teraz zająć się blogowaniem (mimo wielkiej chęci) - to popłynę z tym nurtem i zrobię sobie WAKACJE :) I to długie. Bo do września. Latem jest co robić, prawda :D? Przynajmniej nie będę myśleć codziennie o tej wisience. Chyba, że znajdę ją w drinku lub koktajlu, ewentualnie w placku drożdżowym:) A na fejsie będę odgrzewać czasem kotleciki, czasem też coś wartościowego lub zabawnego udostępnię! fanpage republiki (klik) Dużo słońca, życzę tym którzy rozkochani są w upałach oraz dużo deszczu, tym którzy lubią moknąć w lipcu do ostatniej niteczki, wdychając świeżość przemokniętej, soczystej zieleni (jak np. ja!). Pozostałym - optymalnych warunków gdziekolwiek będziecie! Dla każdego wiele miłego:) Pa...

sposób na kaszel, pożeraczka lodów i pół małpy

Trochę dialogów z Misią:) Wesoło mamy z nią ostatnio! 1. Nie dalej jak wczoraj, stoję w kuchni i sobie chrząkam cichutko, bo w gardle mnie drapie. Mi przychodzi po coś do lodówki, zatrzymuje się, patrzy na mnie i mówi, zupełnie MOIM tonem: - Odkaszlnij, ale tak porządnie, tak wiesz: eche, eche. No to ja, zgodnie z jej zaleceniem:  - Eche, eche!! - tak porządnie, jak tylko potrafię. - Dobrze! - mówi i idzie dalej we wcześniej obranym kierunku. Aż miałam ochotę jej powiedzieć: "Mamoooo, a zrobisz mi kanapkę?"... 2. Jadąc z Misią do cioci A., wstąpiłyśmy do sklepu i kupiłyśmy kubełek naszych ulubionych lodów czekoladowych. Miały być na deser. W między czasie moja młodzieży była na zbiórce harcerskiej. Wówczas my, z ciocią A. siadłyśmy do tych lodów... Odbieram Miśkę ze zbiórki. Idziemy sobie, opowiada mi co było. I nagle gwałtownie zmienia temat, łapie się pod bok i mówi: - I co? pewnie wyżarłyście z ciocią te lody!? ... Miałam nadzieję, że siostra dzieląc porcje pom...

awans i złoty chomik

Ostatnio takie oto trzy zabawne sytuacje: 1. Ja (zamiatam, trzask - pękł kij od miotły): Ojeeeeej, Misio zobacz złamała mi się miotła, chyba nie będę mogła już dalej być służącą...  Misia: To niiiiic, możesz być smokiem - minęła sekunda - nie, nie smokiem! Możesz być królową! !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! ku memu wielkiemu zaskoczeniu - awans społeczny! :) niewtajemniczonych zapraszam do przeczytania poniższego tekstu: jak-w-bajce a Mąż: nie martw się, kupimy Ci lepszą, taką niełamiącą... (ironia, żart, sarkazm - przynajmniej mocno w to wierzę!:)) 2.  Sylwester, dawno po północy. Byliśmy "w gościach". W pokoju, w którym Miśka poszła spać zwykle mieszka również chomik, a ponieważ hałasował został razem z klatką wyniesiony do kuchni. Impreza się kończy, my też. Mąż po coś tam polazł do kuchni, wraca, trzyma butelkę trunku w ręce. Patrzy na nią niczym Hamlet na czaszkę i pyta: "Czy jeśli chomik mówi do mnie -...

zielono mi...

Misi od czasu do czasu zdarza się zjadać babole. Tak właśnie - zielone babole. Temat wałkujemy na różne sposoby. Moje wywody o aspektach zdrowotnych, estetycznych i społecznych dają umiarkowane skutki. Sugestie, że jeśli już coś wydłubie, może wytrzeć to w chusteczkę, wykłady o higienie i moje wyznania, że mnie to po prostu po ludzku brzydzi - nie robią wrażenia. Długoterminowe ignorowanie zjawiska też nie działa. Miśka ma to wszystko najwyraźniej w... nosie:) W sumie jakiś czas po rozmowie jest lepiej, ale jedzenie gili wraca z każdym sezonem na infekcje. Dla mnie: horror! W zeszłym tygodniu tak sobie wieczorem leżałyśmy, rozmawiałyśmy o życiu i nagle paluszek córki bezwiednie powędrował do noska, wygrzebał przekąskę, która została w mgnieniu oka zjedzona. Bleeeh -pomyślałam, fuuuj - pomyślałam i pełna niemocy zadałam pytanie: - Słonko, czy to naprawdę jest fajne, to zjadanie gili? - Mamo - mówi  pełna zachwytu - one są taaaaakie smaaaaaczne. to jej (niebieska) perspekt...

teoria wielkiego łup

wokół dziecka: bezpieczeństwo A teraz pół żartem, pół serio:) Robisz coś, ot! choćby obiad w kuchni, a dziecię w tym czasie jest poza zasięgiem Twojego wzroku, np. bawi się w swoim pokoju. I nagle rozlega się wielkie ŁUP - uderzenie, łupnięcie, huk, trzask lub pęknięcie - no słowem odgłos zbliżającego się dramatu. Wstrzymujesz oddech na jedną, góra dwie sekundy, nasłuchujesz jak rozwinie się sytuacja... Cisza! Uff! nie włączyła się syrena, potomek nie zaczyna płakać lub krzyczeć z bólu albo przerażenia, a to oznacza, że nie ma ran ciętych, kłutych ani złamań otwartych. Zatem możesz dalej spokojnie przygotowywać posiłek. Ale nagle - w trzeciej sekundzie - w twojej głowie rozbrzmiewa złowieszcze pytanie: a co jeśli nie płacze, bo... nie żyje??? I biegniesz. Sprawdzasz. Dobra żyje. Uspokajasz się, rozczulasz, chwilę przyglądasz jego zabawie. I to nic, że wszystkie książki leżą na podłodze, półka dynda na jednej śrubie, a z niej zwisa peleryna Supermena lub skrzydełka dowolne...

jak w bajce:)

No to krótko i na (bajkowy) temat: Bardzo dobrze pamiętam pewną krótką wypowiedź mojej córki, bo padła w Dniu Matki, gdy Misia miała 3 latka: Mi: mamooo, wiesz? ja jestem księżniczką, a tata jest moim księciem. ja: Yhym, a ja? Mi: Ty możesz być... smokiem! To była rzeczowa wypowiedź, pełna pewności, że to dobre rozwiązanie. Upłynęło trochę czasu i pani reżyser obsadziła mnie w nowej roli. Scena z wczorajszego wieczoru. Misia z tatą są w łazience i się przymilają: Mi: Jestem księżniczką - mówi zalotnie. A ty jesteś moim księciem. Mąż: Mmmm - rozpływa się, po czym pyta: A mama kim jest? Mi: Hmmm może być służącą:) a jak przy tym się chichrała! To już nie wiem czy lepiej być smokiem czy służącą? No dobra - poczekam - może doczekam się  roli jakiejś królowej, choćby złej albo wróżki chociaż. Z bagien. Na więcej nie liczę. :)

krzesło elektryczne i kot w piekarniku

Za nami trochę wolnego. Urlop znaczy się. I takie trzy zabawne sytuacje zanotowałam w pamięci (nie wszędzie było fifi:). Dwie z nich mają w sobie nutkę grozy. Trzecia w typowym stylu mego Męża. Na całość przymrużcie oko;) 1. W piątkowe popołudnie wyjeżdżaliśmy na weekend na wsi. Niestety wypadła nam niespodziewana wizyta lekarska, która poskutkowała dwugodzinnym kręceniem się po mieście. Nasza podróż jeszcze na dobre się nie rozkręciła, a Mi już włączyła marudzenie. To jasne - każdy z nas chciał być już w trasie, więc w pełni ją rozumiałam. W efekcie zanim w ogóle wyruszyliśmy z miejskich zakamarków, już mieliśmy dość. Do tego piątek to u nas Dzień Małej Zabaweczki, zatem należało jeszcze zakupić zabawkę i dopiero wtedy fru! w drogę:) Wychodząc samochodu - Misia miała zostać z tatą w aucie  - zapytałam ją o preferencje i tak powiedziała: "mamo, kup mi coś elektrycznego!" (bo teraz ma fazę na zabawki mechaniczne lub elektryczne, które "coś robią":)). A...

wynagrodzenie minimalne:)

Gdy podczas domowych porządków znajduję zawieruszoną monetę, to czuję, jakbym oto dostała wypłatę:D zdjęcie znalezione na stronie Mennicy Polskiej Uśmiecham się ironicznie i chowam ją do kieszeni. A podczas ostatniego sprzątania* znalazłam 50 gr, a potem niespodziewanie jeszcze 10 gr i pomyśałam: "Ooo! Premia!" :) *dawno to było i jak się nie wezmę, to niedługo u nas będzie tak: znalezione na Arteide (fb) na poprawę humoru, lawirując między stertami tego i owego, śpiewam sobie poniższą piosenkę: (bardzo lubię teledysk!) albo tą (stare, ale nadal jare): życzę Ci dobrego poniedziałku i twórczego tygodnia! :)

co może sprawić, że dziewczyna powie brzydko?

Misi wczoraj po raz pierwszy nie wyszedł make'up:) Na rysunku wprawdzie, ale zawsze:) Rysowała dwie dziewczynki i zawołała nagle pełna złości: "mamooooooo! nie udała mi się rzęsa". I ta rzęsa wyglądała, rzeczywiście jak pociągnięta zbyt dużą ilością tuszu... To przypomniało mi filmik, który niedawno bardzo mnie rozbawił. Misi reakcja była bardzo podobna do tych poniżej:) też tak macie?:) ja zdecydowanie!

coś w ten deseń:)

Mi ubrała się: - legginsy granatowo-seledynowe w fioletowo-różowe duże motyle  - spódniczka  miętowa w białe groszki i z falbanką - bluzka na długi rękaw błękitna w taki mały wzorek typu łączka - bordowe różyczki - spinki z kokardkami w biało-granatową kratkę - trampki w kwiatki wszelkich kolorów pod spodem gładka (!) bluzeczka na krótki rękaw w kolorze bladego różu. Oby się wypogodziło! Dawno temu, kiedy kupowałam jeszcze prasę kobiecą (teraz tylko internety i Misi gazety z tryliardem! naklejek gratis i jakąś tandetną zabawką, która zawsze "coś robi") na stronie z hasłem "Trendy" pokazano dziwaczne jak dla mnie wtedy połączenia, np. spodnie w paski z bluzką w kwiaty, do tego niepasujące kolory, albo wzory etno do pary z geometrią. Do tego fasony z różnych dekad i tkaniny każda z innego podwórka. "Co za ekstrawagancja!" - pomyślałam wówczas.... :)

czy Chińczycy siorbią?

na wesoło:) 1. Siedzimy u babci. Mąż: dobra jedziemy do domu, bo przede mną kupa roboty. Misia: kupa robota? kupa robota!!!! hahahaha! kupa robota! Ja: może ze śrubek? Mi: tak, kupa ze śrubek, kupa, kupa, kupa robotaaaa ze śrubeeek:) i leje do czerwoności. Znacie ten dziecięcy, zaraźliwy śmiech? Więc wszyscy w koło byliśmy rozbawieni, a hasło "mam kupę robota (zamiast roboty) już w  naszym słowniku zostanie:) 2. Moje dziecko ma teraz fazę pytań z kosmosu. Robi coś, np. buduje z klocków i pyta: "mamo, czy Chińczycy też siorbią?", albo gotujemy razem obiad i pada pytanie: "czy tata w pracy ma religię?" (potem wpadłam skąd to pytanie: no bo Mąż ma angielski w robocie, a Mi w przedszkolu ma angielski i religię, więc wiadomo logika:)) 3. Misiunia oglądała bajkę. Gdy ta dobiegła końca, lektor wypowiedział słowo "koniec", a córa z lekceważeniem i złością, rzuciła w stronę ekranu "dupiec!". I poszła. 4. Skoro już o tym, to pr...

Złomkiem być:)

Wieczorem tuż przed spaniem. Mówię czule: Misio masz takie piękne oczy w kształcie migdałków i takie są niebieskie jak jezioro, albo niebo. I Twoje ustka są w kolorze malinek i policzki masz takie różowiutkie (rozczulenie, uniesienie, jestem fioletowo-różową tęczą, świat jest piękny, bo widzę piękno, dotyk mam jak babie lato, fruwam wysoko). i nagle jeb, lecę w dół, na zwykłą, szarą, prawdziwą ziemię: "mamusiu Ty też jesteś taka piękna. I ząbki masz jak Złomek". Ej no. Ja byłam niedawno u ortodonty. Ale on poproszony o realne koszty aparatu podał kwoty i ja je dodałam i całościowo wyszło 7000 zł...:), te wszystkie wizyty, dokręcanie śrubek. Nie, nie teraz. Pozostała mi na razie samoakceptacja level hard - oto ja:

kuktasy, syrenka i faszyn

Co my się ostatnio naśmiejemy:):):) Cudaka takiego mamy pod dachem, że hej! Język jej się plącze, rzeczywistości nakładają i dobry gust wyrabia:) 1. ja: wiesz Misio - K. jedzie do swojej dziewczyny. Jedzie tam pociągiem. Mi: dlaczego? ja: bo ona jest z innego miasta. Mieszka nad morzem. Mi: (całkiem serio) to ona jest syrenką??? ja: ? :) (a przy okazji widzieliście to? i co tu wybrać?:) 2. kupiłyśmy lody. Misia wybrała kaktusa. Idzie, zajada i mówi: mamo, teraz te kuktasy są inne, mają więcej polewy:) (naprawdę mają! tej zielonej - kto fan, ten do sklepu! oto on: kaktus ) ja: chyba kaktusy? Mi: a no, no! kaktusy:) 3. tym razem koleżanka z przedszkola. Wchodzimy do Rossmana. Jeśli bywacie, to wiecie, że są tam takie standy obwieszone biżuterią: kolczyki, naszyjniki, bransoletki, słowem świecidełka w sam raz dla małych sroczek:). Spotykamy koleżankę Misi. Gdy Z. zauważa Mi , wykrzykuje radośnie jej imię, podbiega, łapie za rączkę i prowadzi w stronę tych plastikowo-sz...

jak nie sera, to kapusty

Kilka zabawnych wypowiedzi Misi:) Wczoraj rano doprawdy nie szło jej obudzić. Kiedy otworzyła wreszcie oczy, popatrzyła na mnie z wyrzutem, przeciągnęła się, po czym zawinęła ponownie w kołdrę i spod niej słyszę: "mamooo, jestem tooooootalnie zmęczona":) Zaś wieczorem stajemy w progu jej pokoju, który wygląda jak obraz, namalowany przez Pablo Picasso i mówię: "no to Misio mamy przed sobą niezłe wyzwanie", a ona: "ej, mamo! ale wyzywanie kogoś to bardzo nieładnie":) A dziś w drodze do przedszkola Mi zaczyna wymieniać czego nie lubi tam jeść: "nie lubię kapusty, kanapek z kapustą, drożdżówek z tuńczykiem i ryb. A i gotowanych rzeczy nie lubię":) ??? wtf? czym oni ich tam karmią? :)

ona czyli ja

Kupiłam ostatnio takie karty z pomysłami na eksperymenty. Dziś po obiedzie, kiedy jedyne o czym marzyłam, to zanurkować pod kocem i zniknąć na chwil parę, Mi uporczywie dopominała się o zabawę i uwagę. No dobra - mówię - zróbmy jakieś doświadczenie (nic innego naprawdę mi się nieeeee chciało). I położyłam się na chwilę na kanapie. Mała przyniosła instrukcję, przeczytałyśmy i podekscytowana poleciała do kuchni szukać składników. W tym czasie Mąż położył się koło mnie i przytulił. Na to wchodzi Misia do pokoju i głosem kipiącym od oburzenia mówi: - eeeeejjjjj, co się do niej przywaliłeś???!!!! ona teraz będzie robić ze mną eksperymenty! a potem ona czyli ja i ona czyli Miśka zrobiłyśmy eksperyment - zamieniłyśmy sok pomarańczowy w lody w 2 minuty bez użycia zamrażarki:) mega fun!

cukierki, cukierki, szeleszczą im papierki:)

Wczoraj z wieczora łażę po domu i cóż... szukam słodyczy (Męża nie ma, więc jakiś chociaż substytut węszę:). Nie magazynujemy raczej słodkości w szafkach, jak mamy napad idziemy do sklepu na dół - niestety w naszym bloku jest spożywczak czynny do 22:00,  co zdecydowanie działa na naszą niekorzyść. Zakupy odpadają (Misia śpi), Męża nie wyślę... już mam zemdleć (wiadomo spada cukier), ale nagle pam! - przecież kupiłam tego dnia małe opakowanie lentylków. Mi zjadła połowę zawartości kolorowej tubki, a to oznacza, że zostało jeszcze kilkanaście (!) sztuk!!!  Będzie tego! Podchodzę do szafki i myślę: "nie, nie mogę - przecież to ma być na jutro, nie powinnam jej tego zjeść, albo dobra spałaszuję i jakoś się wytłumaczę, przecież zrozumie,  nie, jednak nie - jestem dorosła, no kaman". Zamykam szafkę, otwieram, zamykam. Ta wojna myśli trwa już długo - jakieś 5 sekund. I nagle błysk - "przecież jutro mała idzie do przedszkola, odkupię jej wtedy, nawet się nie zorientuje! i będę...